] > DoomHammer

DoomHammer

Wesołe jest życie nekromanty

dnia 14 listopada 2011, o godzinie 13:30:19 / 4 komentarze do wpisu Wesołe jest życie nekromanty

Trudne początki

Moje problemy z ReadyNAS zaczęły się dość wcześnie. Myślę, że to trudne dzieciństwo nie tyle spowodowane było awaryjnością sprzętu, co raczej moimi sadystycznymi skłonnościami. Przyznam, iż jestem odrobinę perwersyjny i zaliczam się do grona geeków. Oznacza to, że mam tendencję do wykorzystywania każdego sprzętu, który wpadnie mi w ręce w sposób, którego producent raczej nie przewidział.

Na początku więc eksperymentując z różnymi dodatkami pisanymi przez podobnych mi zwyrodnialców odstrzeliłem sobie stopę. Przepraszam, nie tyle stopę, co twarz. Frontview (interfejs webowy, czy też międzymordzie pajęczynowe) przestał działać po odinstalowaniu dostarczanego z systemem klienta BitTorrent (który nota bene ssie kule). Tu akurat błąd ze strony producentów, którzy chyba nie wpadli na to, że klient może nie chcieć ich bezgranicznej dobroci i samemu zrobić sobie dobrze. Ponieważ wcześniej nie aktywowałem dostępu po SSH (morał: dla własnego dobra aktywujcie SSH zaraz po zakupie NASa!) mój jedyny kontakt z ReadyNAS odbywał się po NFS oraz przy użyciu Transmission (który nie integruje się z Frontview i chodzi na innym porcie).

Jako że do oglądania por^W^W słuchania muzyki wystarczało to w zupełności (serwer UPnP chodził nieprzejęty sytuacją) nie wnikałem za bardzo w stan ReadyNASa, głównie dlatego że "po pracy sił nie miałem aby z nim pomówić" jak śpiewał poeta.

Synku, zabezpieczaj się

Warto dodać, że ReadyNAS sam w sobie posiada całkiem sporo rozwiązań dotyczących kopii zapasowych. Od najprostszych (kopiowanie na dowolne urządzenie USB podłączone do przedniego gniazda po naciśnięciu przycisku "backup") po bardziej wyuzdane (rsync wzbudzany przez cron). Brak czasu (który jeszcze często przewinie się w niniejszej notce) sprawił jednak że ku własnej zgubie żadnego z tych rozwiązań nie zdążyłem aktywować przed zniszczeniem Frontview.

Prawdziwe problemy zaczęły się nieco później i związane były z awarią zasilania (co jest tematem samym w sobie). Dyski w macierzy to 4x500GB skonfigurowane w coś, co NetGear nazywa X-RAID i jest to z grubsza odpowiednik RAID 4. Założenie jest takie, że padnięcie jednego dysku nie powoduje utraty danych ani nie zakłóca pracy systemu. Zgodnie z prawem Murphy'iego szlag trafił więc dwa dyski.

Po takim ciosie ReadyNAS nie był w stanie dojść do siebie. Próba uruchomienia go kończyła się na napisie "Booting", który to napis trwał wiecznie na tle bladego wyświetlacza (no dobrze, wyświetlacz jest zielony, ale nie pasowało mi to do tragizmu sytuacji).

Kolejno odlicz

Wiele nie myśląc (czasem mam wrażenie, że ja ogólnie wiele nie myślę) postanowiłem sprawdzić dyski. Pierwsze notatki:

HD1
fdisk pokazuje tablicę partycji, partycja ext2 montuje się
HD2
fdisk nie przyznaje się do niczego
HD3
sytuacja analogiczna jak w przypadku HD1
HD4
pożoga

Po podłączeniu HD4 BIOS zaczął krzyczeć, że on dalej nie pójdzie, bo SMART mu powiedział, że HD4 jest zły i zgwałci jego kota. Na nic zapewnienia, że będąc BIOSem nie posiada kota. Nie chciał kontynuować i już. Ostatecznie zostało to zdiagnozowane jako padnięta elektronika i odłożone na półkę "Later/Maybe".

Dwa dobre i dwa walnięte dyski to nienajlepszy początek odzyskiwania danych. Podrapałem się po głowie (zajęło mi to kilka miesięcy jak pamiętam) i doszedłem do wniosku, że HD2 może tak naprawdę nie jest wcale tak chory na jakiego wygląda i jedynie symuluje, by wymigać się od pracy.

Taczka pełna bitów

Żeby sprawy bardziej nie pogmatwać postanowiłem zakupić dodatkowy dysk i wszelkich operacji dokonywać na obrazach, a nie na żywych dyskach. Zakupiłem więc napęd o pojemności 2TB1, wziąłem w dłoń jedno z moich ulubionych narzędzi (dd) i zacząłem przerzucać bity niczym łopatą.

Tezą roboczą dla HD2 była awaria tablicy partycji. Jako, że ReadyNAS każdy dysk formatuje w identyczny sposób (system, swap, LVM) dla pewności porównałem tablice partycji HD1 i HD3, a następnie przekopiowałem jedną z nich na HD2. Przy pomocy losetup zamontowałem partycję systemową z HD2 — wszystko wyglądało przepięknie. Radość przepełniła me serce i z niecierpliwością wyczekiwałem chwili, gdy aktywuję wolumen LVM i odzyskam dostęp do danych.

(Nie)oczekiwany zwrot akcji

Los bywa jednak złośliwy i okazało się, że jeden z PV nie może zostać znaleziony. Zanotowałem UUID i ze smutkiem zacząłem rozmyślać co dalej. Nie mając lepszego pomysłu odpaliłem hexdump -C i popatrzyłem na wygląd tego, co uważałem za pojedyncze PV.

Na HD1 wszystko przypominało klasyczną rozbiegówkę LVM, na HD3 podobnie. HD2 natomiast prezentowało część danych zgodnie z oczekiwaniami, a część zupełnie chaotycznie (na pierwszy rzut oka). W szczególności pole zawierające UUID wypełnione było śmieciami. Czyli jednak nie tylko tablica partycji ucierpiała?

Mimo porażki, która wydawała się nieunikniona, nie poddałem się i dociekałem dalej. Dlaczego część danych jest dobra, a część nie? Oświecenie przyszło nagle i nie pamiętam już czym zostało spowodowane. Patrząc wstecz dostrzegam swoją głupotę, jednak wtedy wydawało mi się, że jestem najmądrzejszą osobą chodzącą po Ziemi.

Pójdź, dziecię, ja cię uczyć każę!

Przeanalizowałem całą sytuację do punktu, który od początku był katalizatorem mych działań: RAID 4 zapewnia ochronę przed awarią jednego z dysków poprzez zapis XORowanych danych, które potem pozwalają odtworzyć oryginał. Przecież to oczywiste!

Niewiele myśląc (aha!) spłodziłem w C Proof of Concept, czyli program, który czytał pierwsze 4kB z każdego z trzech obrazów i wypisywał na ekran ich alternatywę wykluczającą. W ten sposób odnalazłem brakujący UUID oraz spokój ducha. Teraz tylko uogólnić program tak, by zapisał wyniki do czwartego obrazu, losetup, vgchange -ay i jesteśmy w domu!

Nie tak szybko!

Jako, że zawsze miałem problemy z matematyką umknął mi fakt, że zmieszczenie 4 obrazów po 500GB na sformatowanym dysku o całkowitej pojemności 2TB może być problematyczne biorąc pod uwagę obecność na nim innych danych. Początkowy entuzjazm opadł i zacząłem się zastanawiać nad jakimś rozwiązaniem in–place (ceny dysków zdążyły w międzyczasie zdobyć Mount Everest i rozbić tam obozowisko).

Pierwszą genialną myślą było napisanie sterownika jądra, który wystawi urządzenie blokowe prezentujące XOR z podanych plików. Zacząłem nawet czytać Linux Drivers HOWTO, ale mimo wszystko wydawało mi się to strzelaniem do komara z armaty. Ostatecznie drogą plebiscytu zwyciężyło pisanie systemu plików przy użyciu Python i FUSE. Kolejny raz mina mi zrzedła, gdy losetup zapłakał, że nie ma uprawnień do wystawienia mojego oszukanego pliku jako urządzenie.

W takich sytuacjach staram się prosić o pomoc przyjaciół i na szczęście jeden z nich o imieniu strace2 pokazał gdzie może być problem. FUSE nie pozwala bowiem użytkownikowi A na dostęp do systemu plików zamontowanego przez użytkownika B. Ponieważ losetup wymaga uprawnień administratora, a mój oszukiwany system plików montowałem jako użytkownik okazało się to przeszkodą.

O frabjous day! Callooh! Callay!

losetup, vgchange, fuseext2 i… moja prywatna kolekcja muzyki (kilka miesięcy rippowania płyt CD) cała i zdrowa macha do mnie radośnie. Idę się urżnąć ze szczęścia!

Post mortem

Jak znajdę czas (sic!) planuję też napisać wersję niefabularyzowaną powyższej opowieści dla informacji potomnych (czy też siebie w przyszłości). Akcja powyższego opowiadania toczyła się przez niemal równy rok.

1Było to w czasach, gdy dodawali takie w sklepach spożywczych do każdych zakupów powyżej 20PLN, dziś zapewne musiałbym zastawić mieszkanie i wziąć kredyt na 40 lat

2To mój i Grzegorza B. wspólny znajomy, często razem rozmawialiśmy w dawnych czasach

Uniwersalne środowisko wykonawcze

dnia 11 kwietnia 2011, o godzinie 14:29:18 / 7 komentarzy do wpisu Uniwersalne środowisko wykonawcze

Trzęsienie blogosfery jest rzeczą, o której w tradycyjnych mediach raczej nie usłyszymy. Niczym trzęsienie ziemi niesie jednak ze sobą spore zmiany. W przeciwieństwie jednak do wstrząsów tektonicznych zmiany te najczęściej są pozytywne. Zwiększają wśród czytelników świadomość istnienia pewnych faktów (i nie mam tu na myśli faktu istnienia kotów z podpisami) oraz zwracają uwagę na pewne trendy i problemy.

Ostatnimi czasy modnym tematem jest era Post-PC rozpoczęta przez Apple i wizjonerski produkt, jakim jest iPad. Mieliśmy postkolonializm, postindustrializm, postkomunizm, Wielki Post i wciąż czegoś nam brakowało. Mamy więc Post-PC. Cóż to jednak znaczy dla przeciętnego użytkownika?

Interakcja człowieka z maszyną wykracza w chwili obecnej daleko poza tradycyjny model WIMP. Komputery składające się z jednostki centralnej, monitora, klawiatury i myszki również są reliktem. To telefony komórkowe, czy tablety stają się urządzeniami, dzięki którym korzystamy z usług sieciowych.

Mimo, iż różnią się znacząco od ich blaszanych poprzedników przeglądarki WWW zawarte w nich działają na podobnych zasadach. Wkraczamy więc w czasy, gdy jedyną naprawdę przenośną aplikacją jest ta zbudowana na platformę sieciową.

Taki stan rzeczy może oznaczać, że niebawem liczące się projekty będą pisane w JavaScript, żeby zapewnić najszerszy krąg odbiorców. Nie ma znaczenia czy urządzenie oparte jest o WebOS, Androida, iOS, ChromeOS, czy też należy do starej gwardii Windows, Linux, Mac OS X. Będzie ono w stanie korzystać z tego samego kodu bez potrzeby tworzenia kosztownych portów.

Skoro przyszłość front-endu należy zatem do JavaScript dlaczego nie pójść o krok dalej? Co by było gdyby użyć tej samej technologii także po stronie serwera? Oszczędność kosztów wydanych na szkolenie pracowników do obsługi różnych technologii wydaje się oczywista.

Tak, o tym również ktoś już pomyślał. Node.js to asynchroniczne, sterowane zdarzeniowo środowisko do tworzenia skalowalnych aplikacji sieciowych. Używa V8 jako silnika (V8 od Google, nie V8 od Chevroleta), zaś językiem w którym pisane są aplikacje jest właśnie JavaScript.

Stuart Langridge pokusił się o porównanie platform webowych do systemów operacyjnych. Node.js jest w nim określony jako Mac OS X współczesnego WWW. Jeśli zależy Tobie na podążaniu za trendami warto mieć to na uwadze.

Tytuł niniejszej notki nawiązuje do ciekawego artykułu "The Universal Runtime", którego autorem jest Henri Bergius. Polecam również bloga pod tym samym tytułem autorstwa wyżej wymienionego.

Droga koleżanko oraz drogi kolego! Chcesz poznać język przyszłościowy i rozwijający się na wielu płaszczyznach? Chcesz umieć zabłysnąć w towarzystwie i popisać się przed znajomymi? Już dziś zacznij uczyć się JavaScriptu (najlepiej od mistrzów front-endu)!

Jeśli jednak kariera kodera nie przemawia do Ciebie możesz nauczyć się sanskrytu. Suczki to uwielbiają!

Programowanie kotów

dnia 09 marca 2011, o godzinie 17:08:29 / 7 komentarzy do wpisu Programowanie kotów

Przeglądałem ostatnio ofertę "inteligentnych" karmników dla kotów. Skoro żyjemy w inteligentnym społeczeństwie z inteligentnymi domami dobrze by było, gdyby nasze inteligentne futrzaki miały inteligentne akcesoria.

Jak wywnioskowałem z przeprowadzonego przeze mnie wywiadu istnieje kilka grup takich zabawek:

Urządzenia z ostatniej grupy są moim zdaniem najbardziej przydatne jeśli chcemy gdzieś wyjechać na dłużej lub też jesteśmy w domu o zróżnicowanych godzinach, a chcemy zapewnić pupilowi stałe pory karmienia. Istnieje jednak pewien mały szkopuł, który męczy mój geekowy umysł. Dlaczego żadne z urządzeń (znalezionych przeze mnie) nie umożliwia zewnętrznej kontroli i monitoringu?

Wiem, że przypadków użycia takich "internetowych poidełek" może nie być za wiele. Uważam jednak, że możliwość zdalnego przeprogramowania pór karmienia albo sprawdzenia stanu wody nie powinna zwiększyć znacząco ceny takiego urządzenia. Natomiast wiedza, że kotek ma pod dostatkiem jedzenia, a w mieszkaniu panuje odpowiednia dla niego temperatura (mierzona przy pomocy termometru na 1-Wire) jest dla właściciela bezcenna.

Może najwyższy czas na otwarcie nowej niszy i stworzenie zapotrzebowania na takie produkty? Panie Jobs, służę pomocą!

1Po co wynaleziono pralki? Żeby kobiety mogły programować.

Laptofon ponownie

dnia 25 lutego 2011, o godzinie 12:40:17 / 3 komentarze do wpisu Laptofon ponownie

You can crush us
You can bruise us
But you'll have to answer to
O-oh, guns of Brixton

Niewiele czasu minęło od moich ostatnich spostrzeżeń dotyczących konwergencji urządzeń przenośnych, a już widać kolejne poważne próby znalezienia złotego środka. Firma Motorola rozpoczęła szalony taniec wraz z firmą Google, by pokazać co potrafi.

Zanim jednak przejdę do sedna sprawy mała dygresja na temat tego typu urządzeń. Wydaje mi się, że dwie najwygodniejsze dla użytkownika formy obcowania z maszyną to:

smartfon
bez problemu mieszczące się w kieszeni urządzenie o niedużym ekranie
netbook
ekran i klawiatura pozwalaja na wygodną i efektywną pracę, jednocześnie zachowując niewielką wagę oraz łatwość transportu

Z innych ciekawostek mamy:

W przypadku żadnej z powyższych kategorii nie wspomniałem o mocy obliczeniowej, gdyż to w tym momencie nie ma znaczenia. Tak naprawdę tylko poważne notebooki posiadają znacznie mocniejsze procesory, niż pozostałe "opakowania". Przyjmujemy więc, że rozważamy tylko wygodę korzystania oraz możliwości transportowe.

Dość rozsądnym kompromisem byłoby użycie jako platformy centralnej smartfonu, którą w zależności od potrzeb można przekształcić w netbooka/notebooka lub komputer stacjonarny (jeśli ktoś prócz mnie jeszcze takich używa). Tak też pomyśleli inżynierowie z Motoroli, prezentując platformę Motorola Atrix 4G.

Sam smartfon jest już dość silny, by pociągnąć za sobą wóz pełen menhirów. Specyfikacje i możliwości sprawiają, że możnaby o nim rozpisywać się długo. Jest on z pewnością daniem głównym, ale towarzyszące mu przystawki również są smakowite.

Jak za dotknięciem magicznej różdżki Atrix 4G może zmienić się w laptopa (wyświetlacz 11.5", klawiatura chiclet, duży trackpad z dwoma przyciskami, dodatkowe porty USB), komputer stacjonarny, bądź urządzenie HTPC. Co więcej możemy użyć wbudowanego portu HDMI, by podłączyć urządzenie do zewnętrznego monitora, a bezprzewodowa klawiatura i mysz posłużą nam za urządzenia wejściowe. Czy Twój telefon to potrafi1?

Być może to właśnie iPhone/iPad jest najbardziej wyrafinowaną platformą. Być może tylko Windows Phone 7 pozwala cieszyć się możliwościami smartfona, jednak to właśnie Androidowi zawdzięczamy dzisiejszy stan rzeczy.

Bycie brzydkim kaczątkiem, z którego wciąż nie wyrósł piekny łabędź nie jest przeszkodą. Bycie w niezgodzie z przyjętym linuksowym status quo również nie. Natomiast otwartość (szeroko rozumiana) platformy pozwala wielu wizjonerom na eksperymenty i tworzenie rzeczy, o których projektantom się nie śniło.

Możecie śmiać się z naszego pryszczerskiego GUI, możecie zarzucać nam brak kompatybilności z Windows 7 i XBox 360, ale to dzięki nam jest postęp i dzięki takim jak my świat ma szansę iść do przodu.

Produkty Motoroli nie wydają się być przemyślane do ostatniego szczegółu, jak to bywa w przypadku Apple, jednak stanowią pewien wyznacznik możliwości dzisiejszego sprzętu.

1 Nawiasem mówiąc sam zastanawiam się dlaczego mój leciwy już androidofon nie ma prawa dogadywać się z moją klawiaturą Bluetooth, ale to zupełnie inna historia.

Reszort

dnia 14 lutego 2011, o godzinie 15:56:23 / 1 komentarz do wpisu Reszort

Nie wiem czy tylko mi wydaje się to zabawne i nie wiem na ile jest to lenistwo, na ile niekompetencja, a na ile społecznie akceptowana rzecz. Przypuszczalnie chodzi o trzecią opcję. Przecież artykuł bez zdjęcia ukazać się nie może, bo nie byłby wiarygodny. A jeśli zdjęcia ze zdarzenia nie mamy to wrzucamy byle co. Klient nie sprawdzi, bo po co, a wiarygodności nikt kwestionować nie będzie ("picture or didn't happen").

Gazeta.pl wrzuciła dziś artykuł dotyczący pewnego teatru barcelońskiego, który otrzymał karę za to, że aktorzy palili na scenie. Sam artykuł to raczej przedruk prosto z agencji, ale nie to mnie akurat ruszyło.

Zastanawiam się dlaczego postanowiono tekst o barcelońskim teatrze udekorować zdjęciem aktorów Teatru Capitol. Szczególnie, że żaden podpis (chyba, że źle szukałem) na to nie wskazuje. Ale może to taka moda: z grubsza podobne to wrzucamy, a czytelnik się ucieszy.

Sushi w pudełku

dnia 11 lutego 2011, o godzinie 15:28:56 / 2 komentarze do wpisu Sushi w pudełku

W ostatnim tygodniu błądząc między półkami pewnych delikatesów postanowiłem zaryzykować. Nabyłem gotowy zestaw sushi przystosowany do bezpośredniego spożycia.

Zaznaczam, że nie jestem żadnym fanem, ani smakoszem sushi. Lubię od czasu do czasu zjeść i tyle. Nie znam się na szczegółach technicznych, ani powiązanych z tym rytuałach. Ot, taka alternatywa dla schabowego.

Cenowo zestaw nie robi raczej szału. 23PLN za 230g to może nie jest cena, za jaką można zjeść w restauracji, ale nie jest też to wielka konkurencja.

Co do smaku uważam, że to co dostałem było całkiem przyzwoite. W zestawie prócz różnych rodzajów sushi dostajemy też kapkę sosu sojowego, wasabi oraz imbir. Wszystko jest więc gotowe do użycia, gdy tylko znajdziemy kawał powierzchni na której można usiąść. Aha, w pałeczki należy się zaopatrzyć dodatkowo lub też można spożywać "na własną rękę".

W skrócie: polecam tym, którzy nie mają czasu wybrać się do porządnego sushi-baru, ani zwijać sushi osobiście. Z pewnością jeszcze kiedyś sięgnę do tych wyrobów.

Dla wszystkich ciekawych polecam przeczytanie recenzji z przypuszczalnie bardziej kompetentnych źródeł.

eBay, czyli witamy w XX wieku

dnia 30 stycznia 2011, o godzinie 10:53:15 / 3 komentarze do wpisu eBay, czyli witamy w XX wieku

O tym, że eBay jest przypuszczalnie robiony przez ignorantów już wspominałem. O tym, że polski interfejs byłby dużo lepszy, gdyby wcale nie istniał również. Dziś odkryłem połączenie obu wcześniejszych obserwacji.

W powiadomieniu o interesujących mnie aukcjach dostrzegłem reklamę mobilnego interfejsu eBay. Sam od jakiegoś czasu używam na moim Androidofonie programu Pkt Auctions eBay, jednak jeśli istnieje coś oficjalnego to warto się zainteresować.

Kliknąwszy na odnośnik przywitała mnie po raz kolejny przerażająca jakość interfejsu polskiego. Żeby skorzystać trzeba zrobić to, co zawsze: podmienić .pl w adresie na .co.uk. Tym razem działa.

Obcowanie z Absolutem

Wśród aplikacji mamy do wyboru: iPhone, iPhone fashion (słucham?), iPad, Android, BlackBerry, Windows Phone 7. Wydawałoby się więc, że ludzie, którzy to tworzyli są na czasie i wiedzą co nieco o platformach docelowych. Być może. Z pewnością jednak projektant strony poświęconej aplikacji na Androida nie do końca rozumie o co w tym wszystkim chodzi.

Na ekranie pokazanych jest kilka obrazków, jak wygląda aplikacja, wymienione są jej cechy i… koniec. Nie znajdziemy żadnego linku, ani kodu QR1, które są standardową formą dystrybucji aplikacji Androidowych. Jedyna informacja, jaką dostajemy to: "znajdź se w Android Markecie".

Droga załogo eBay'a: szukałem frazy "eBay" w Android Markecie kilka razy. Za każdym razem dostawałem więcej wyników, niż chciało mi się przeglądać, gdyż większość z nich była bezużyteczna. Jeśli chcecie, by ktoś korzystał z Waszej aplikacji pozwólcie ludziom w łatwy sposób ją zainstalować. Dziękuję!

1 Nie ma na to jakiegoś społecznie akceptowalnego polskiego odpowiednika? Kod QR Code (za Wikipedią) brzmi jak genialne dziecko tłumaczy Microsoftu ("Sieć Web", "Dodatek typu plug-in").

Posłuchaj!

dnia 20 stycznia 2011, o godzinie 17:05:16 / 8 komentarzy do wpisu Posłuchaj!

Naczelny Audiofiliak Cnetu po raz kolejny porusza problem słuchania. Dlaczego w dzisiejszych czasach prawie nikt nie słucha muzyki?

Wielu zapewne się oburzy. Przecież każdy z nas słucha muzyki! Radio w samochodzie, świąteczne piosenki w hipermarketach, dżingle furgonetki z lodami, dzwonki telefonów komórkowych, muzyka w klubach i restauracjach, … Całe życie jesteśmy otoczeni muzyką. Owszem, jednak nie tyle jej słuchamy, co po prostu ją słyszymy. Stanowi ona tło dla innych pierwszoplanowych czynności.

Kto bowiem słucha świadomie? Siada w wygodnym fotelu i koncentruje się tylko i wyłącznie na tej czynności i uczuciu jej towarzyszącym? Kto stara się docenić trud, jaki muzycy, producent, czy inżynierowie dźwięku włożyli w stworzenie konkretnego albumu, czy utworu?

Obecnie, nawet wśród osób które twierdzą, że interesują się muzyką, nie każdy ma pojęcie tego, czym tak naprawdę jest album i w jaki sposób należy go słuchać. Pojedyncze utwory, częstokroć powyrywane z kontekstu, są popularnym sposobem dystrybucji i konsumpcji muzyki.

Osobiście taki stan przypisuję właśnie nadmiarowi dźwięków nas otaczających. Ludzie, którzy od zawsze byli ze wszystkich stron "atakowani" muzyką uważają ją za coś tak naturalnego, jak powietrze, którym oddychamy. To, że jeszcze 20 lat temu dostęp do muzyki był raczej dobrem luksusowym zostało dawno zapomniane, a co za tym idzie zmieniło się podejście do odbioru.

Dawniej, gdy ktoś zdobył nową płytę winylową (która wcale nie musiała być nowym wydawnictwem) całe grono zainteresowanych osób zbierało się w jednym miejscu, by tejże płyty posłuchać. Dziś byłoby to nie do pomyślenia.

Problem tzw. piractwa również może być z tym faktem związany. Skoro muzyka jest tylko tłem to nie warto za nią płacić. W takiej, czy innej formie zawsze będzie nam towarzyszyć, a jeśli nie to i tak nic złego się nie stanie. Osoby, które słuchają muzyki zazwyczaj są skłonne za nią zapłacić.

Nie próbuję nikogo skłaniać do zmiany nawyków. Wszyscy jesteśmy tak zabiegani, że rzadko starcza nam czasu by się wyspać. Jeśli jednak ktoś pójdzie za radą Steve'a Guttenberga i spróbuje raz, czy dwa w tygodniu uważnie i świadomie posłuchać przynajmniej jednego utworu, jestem ciekaw do jakich dojdzie wniosków. Jakie spostrzeżenia z tego wyniesie. Może odkryje muzykę, którą "doskonale zna" na nowo?

Jedno jest pewne: w takich sytuacjach lepiej uważać, gdyż audiofilia bywa zaraźliwa, a jest to bardzo przykra choroba.

Kolejny powrót do przeszłości

dnia 12 listopada 2010, o godzinie 16:00:52 / 2 komentarze do wpisu Kolejny powrót do przeszłości

Zgodnie z wcześniejszymi prośbami wrzucam listę moich ulubionych odcinków komiksu Rroarr. Zachęcam do oglądania przy użyciu Google Reader Play.

Uwaga! Tylko dla dorosłych czytelników!
wszystkie poranki swiata
w majtach gmera lalka Adlera
dzienki, nie tszeba
all about vinyl
szlicznie dzis wyglondasz
thursday afternoon
waiting for the sun
next whisky bar
niewazny jest poziom ino pion
stop coming to my house
ground control to major tom
...
summer almost gone
burn baby burn
w temacie enerdowskiego kina wieczornego
Lesson nr 4. Pakowanie
Pacz pod nogi!
radosc mlodego nicponia czyli milosc niejedno ma imie
ptaki odlatuja do cieplych krajow
a to ci heca!
kto rano wstaje ten sie lepiej naje
w poniedzialek wloz w przedzialek
rurzyczki dla ksienrzniczki
spojrz mi w ocze to sie zmocze
wloz ptaka w okolice suwaka
no i tak to mniej wiecej wyglada
to nie bunkry, ale tez jest zajebiscie
i ty zostaniesz indianinem
lato sie konczy
jaka to melodia?
bylem gdzie indziej
sluchajcie programu 1-go PR
odcinek spozywczy
zaraz w tevau pospieszlski ze swoja wymowa wiec czytaj szybko
tego jeszcze nie bylo
lawka w parku posrod darku
dzieki wstawiennictwu wysoko postawionych osob od kilku dni mozemy cieszyc sie kwietniem

Panie w słuchawkach

dnia 23 września 2010, o godzinie 17:18:11 / Dodaj komentarz do wpisu Panie w słuchawkach

Ciąg dalszy zdjęć pań w słuchawkach. Tym razem bohaterką jest niemiecka DJ Marusha. Artystka ta zasłynęła m.in. singlem Somewhere Over the Rainbow z 1994 roku. Używa ona podczas swoich setów Sennheiserów HD25, które są obecnie moimi ulubionymi, jeśli chodzi o słuchawki przenośne (w szczególności podczas poruszania się komunikacją publiczną, w tym kolejką).

Marusha

Marusha

Marusha

Marusha

Marusha

Zdjęcia pochodzą z serwisu Last.FM


Powered by Jogger. Copyright (c) 2002-2003 Justin Mecham oraz JabberPL Group.
Wszystkie prawa zastrzeżone. Legalność; Informacje